Optymalizowanie siebie. Dlaczego wellness potrafi nas zmęczyć?
|
|
Czas czytania 4 min
|
|
Czas czytania 4 min
Przez ostatnie lata dostałyśmy komunikat, że wszystko można poprawić. Sen. Hormony. Cerę. Jelita. Włosy. Produktywność. Mikroflorę. Kroki. Skupienie. Nawet sposób oddychania.
Wellness, który kiedyś miał być czymś przyjemnym, zamienił się w kolejną listę obowiązków. Już nie wystarczy po prostu dobrze się czuć. Trzeba jeszcze spać według aplikacji, jeść według glukozy, ćwiczyć według cyklu, oddychać według TikToka i mieć poranek, który wygląda jak połączenie klasztoru, siłowni i laboratorium.
I chyba właśnie dlatego coraz więcej kobiet ma tego dość.
Ostatnio widziałam rolkę, na której kobieta biegła przez park, a na ekranie pojawił się napis: „Jak tam, millenialsi? U Was rozwód, terapia czy bieganie?”.
To było śmieszne, ale tylko przez chwilę, bo potem człowiek orientuje się, że jest w tym coś bardzo prawdziwego.
Mam wrażenie, że wiele z nas weszło w tę całą optymalizację nie dlatego, że chciało być perfekcyjne. Raczej dlatego, że w pewnym momencie poczułyśmy, że coś trzeba zmienić.
Że jesteśmy zmęczone, przebodźcowane, że stres zrobił się codziennością, że nasze ciało zaczęło wysyłać sygnały, których wcześniej nie było. Że przez dotychczasowe nawyki znalazłyśmy się w miejscu, w którym niekoniecznie chciałyśmy być, więc wypracowujemy nowe.
I wtedy zaczyna się niewinnie.
Trochę więcej spacerów. Lepsze śniadania. Suplementy. Pilates. Mniej telefonu. Więcej snu.
Człowiek chce poczuć, że odzyskuje wpływ.
Tylko że bardzo łatwo z troski o siebie przejść do zarządzania sobą.
Bo kiedy zdrowie zaczyna przypominać etat, bardzo trudno nadal traktować je jak coś przyjemnego.
Coraz częściej mówi się dziś o „optimization fatigue” — zmęczeniu ciągłym poczuciem, że zawsze można jeszcze coś poprawić. Wellness przestał być odpoczynkiem, a zaczął być kolejnym projektem do zarządzania.
Zaczęłyśmy traktować siebie trochę jak firmy: mamy mieć coraz lepsze wyniki, coraz lepsze parametry, coraz lepszą skórę, coraz lepszy sen, coraz lepsze samopoczucie.
Tylko że człowiek nie jest projektem.
I prędzej czy później zaczyna mieć dość życia, które wygląda jak niekończąca się checklista.
To widać nawet w języku, którego dziś używamy.
Już nie odpoczywamy — „regulujemy układ nerwowy”. Nie idziemy na spacer — „robimy niski kortyzol”. Nie jemy obiadu — „dbamy o mikrobiom”.
Nawet przyjemności muszą być produktywne. Kawa ma być adaptogenna, spacer ma być mindful, joga ma poprawiać HRV, a książka najlepiej, żeby jeszcze rozwijała intelektualnie.
Nic dziwnego, że wiele kobiet ma poczucie, że nawet odpoczynek zaczyna wymagać wysiłku.
Coraz więcej ekspertów zauważa, że przez ostatnią dekadę wellness przesunął się od troski o siebie w stronę samonadzoru.
Zegarki mierzą sen, pierścienie liczą regenerację, aplikacje analizują cykl, a wyniki badań stają się czymś pomiędzy horoskopem a oceną z egzaminu.
Moja druga połówka ma smartwatcha, który liczy mu kroki i pokazuje, jak ocenia sen minionej nocy. Żartuję wtedy, że ten gadżet mówi mu, jak ma się czuć.
Zaczynamy traktować swoje ciało jak zestaw danych, które trzeba nieustannie monitorować i poprawiać.
Problem polega na tym, że im więcej mierzymy, tym mniej umiemy po prostu poczuć, czy jest nam dobrze.
W trendach na 2026 coraz częściej pojawia się wręcz określenie „revenge of the human” — bunt wobec perfekcyjnego, technologicznego wellness.
Chodzi o powrót do bardziej ludzkiego życia: mniej mierzenia, więcej czucia; mniej danych, więcej relacji; mniej „hackowania siebie”, więcej zwykłego oddechu, przyjemności i rytmu.
Eksperci przewidują, że coraz ważniejsze będą rzeczy, które nie wyglądają spektakularnie: spacer, sen, światło dzienne, spokojny dom, rozmowa, regularność i poczucie bezpieczeństwa.
Wellness ma wrócić do tego, czym był kiedyś — nie sposobem na bycie idealną, tylko sposobem na to, żeby czuć się trochę lepiej.
Pytanie, kiedy rzeczywiście uda się to osiągnąć.
Brak presji na piękny wellness i niecierpliwego tupania nóżką: „No to kiedy to zacznie działać i będę zen?!”
To dlatego tak mocno wracają dziś Pilates, spacery, gotowanie, analogowe hobby, czytanie, spotkania z ludźmi, domy, które nie wyglądają jak spa, i rytuały, które nie mają niczego udowadniać.
Coraz częściej mówi się, że największym luksusem nie będzie już kolejny suplement ani kolejna aplikacja, tylko możliwość pobycia chwilę offline, bez poczucia, że trzeba coś poprawiać.
I może właśnie o to dziś chodzi.
Nie o to, żeby zupełnie odpuścić dbanie o siebie.
Tylko żeby zadać sobie pytanie: czy jeszcze robię to dla siebie, czy już tylko po to, żeby mieć poczucie, że jestem wystarczająco dobra?
Bo może — a wręcz jestem przekonana, że na pewno — nie potrzebujemy kolejnej rzeczy do poprawienia.
Może potrzebujemy po prostu chwili, w której nikt nie każe nam być lepszą.
Bo z troski o siebie przeszedł w kontrolę i optymalizację. Zamiast pomagać odpocząć, często dokłada kolejne obowiązki i poczucie, że zawsze można coś jeszcze poprawić.
Bo współczesna kultura promuje rozwój, produktywność i „lepszą wersję siebie”. W efekcie nawet odpoczynek i zdrowie zaczynają być traktowane jak projekty do zarządzania.
Zamiast dodawać kolejne elementy, warto czasem coś odjąć. Ograniczyć kontrolę, uprościć rytuały i sprawdzić, co naprawdę daje poczucie spokoju.
oraz częściej nie jest to dodawanie nowych nawyków, tylko umiejętność zatrzymania się. Odpuszczenia. I bycia przez chwilę bez poczucia, że trzeba coś poprawiać.
Izabela / @livinglife.pl