Masz styl czy tylko go odtwarzasz?
|
|
Czas czytania 2 min
|
|
Czas czytania 2 min
To pytanie jest niewygodne, bo w świecie, w którym wszystko można zobaczyć i kupić natychmiast, styl przestał być procesem, a stał się efektem. Wystarczy kilka dobrze dobranych elementów, inspiracja z Instagrama, rady kolejnej samozwańczej „stylistki”, odrobina wyczucia proporcji i nagle „wszystko się zgadza”. Wyglądasz jak ktoś, kto ma styl.
Psychologia od dawna opisuje mechanizm, który za tym stoi. Już w latach 60. Albert Bandura pokazał, że uczymy się przez obserwację i naśladownictwo — szczególnie wtedy, gdy widzimy, że dane zachowanie jest nagradzane. Dziś nagrodą nie jest już tylko aprobata najbliższego otoczenia. Są nią lajki, zasięgi, komentarze. Szybkie sygnały, które mówią: „to działa”. Cóż, nie pozbędziemy się tego, co w nas wrodzone, bo mamy silną potrzebę przynależności. Chcemy się podobać, lubimy walidację. A ta może zacząć się już od samego wyglądu, wbrew temu, co powtarzają, by nie oceniać książki po okładce. Ale przecież nikt nie broni oceniać okładki w oderwaniu od wnętrza.
Zajmiemy się stylem. Co to właściwie jest?
I w tym sensie bardzo łatwo pomylić dwa zupełnie różne procesy: budowanie stylu i jego odtwarzanie. Pierwszy wymaga czasu, błędów i pewnej odporności na to, że nie wszystko będzie „się podobać”. Drugi jest szybki i bezpieczny. Polega na tym, że wybierasz z gotowego zestawu odpowiedzi to, co już zostało sprawdzone przez innych.
Problem w tym, że im więcej takich odpowiedzi konsumujesz, tym trudniej usłyszeć własne.
Badania nad podejmowaniem decyzji pokazują, że nadmiar opcji wcale nas nie uwalnia. Wręcz przeciwnie — prowadzi do tego, co Barry Schwartz nazwał paradoksem wyboru. Zamiast wybierać bardziej świadomie, zaczynamy wybierać bardziej zachowawczo. Sięgamy po to, co znajome, sprawdzone i społecznie akceptowane. W kontekście stylu oznacza to jedno: im więcej inspiracji, tym większa pokusa, żeby przestać decydować samodzielnie.
Nie powstaje w odpowiedziach, tylko w tarciu. W momentach, kiedy coś „nie jest Twoje”, choć wygląda dobrze. W wyborach, które nie są oczywiste i nie zawsze spotykają się z natychmiastową aprobatą. To dlatego tak często mówi się o potrzebie nudy i ciszy w procesie kształtowania gustu. Bez nich trudno oddzielić to, co naprawdę lubisz, od tego, co tylko rozpoznajesz jako „ładne”, bo widziałaś to już setki razy.
W efekcie powstaje coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak styl, ale w gruncie rzeczy jest jego symulacją. Wszystko się zgadza — kolory, proporcje, detale — a jednak nic nie zostaje. Bo nie ma tam napięcia, historii ani decyzji, które coś kosztowały.
Ubrania są w tym układzie bardzo wygodnym medium. Są bezpieczne. Nie mają poglądów, nie wchodzą w konflikt, nie wymagają odwagi w takim stopniu jak osobowość. Można je zmienić, poprawić, wymienić. Można w nich wyglądać „dobrze” bez konieczności mówienia czegokolwiek więcej.
Osobowość działa inaczej. Jeśli jest wyrazista, zawsze generuje reakcję. Nie każdemu się spodoba. Z kimś wejdzie w konflikt. Kogoś sprowokuje. I właśnie dlatego tak łatwo jest zatrzymać się na poziomie ubrań — bo to pole jest znacznie bardziej przewidywalne.
A jednak to nie same ubrania decydują o tym, czy coś jest ciekawe, tylko ten, kto je nosi.
Najprostsze rzeczy na osobie, która wie, kim jest, zaczynają pracować inaczej. Nabierają znaczenia, którego nie da się zaprojektować w oderwaniu od człowieka.
Z kolei najbardziej dopracowana stylizacja na kimś, kto tylko ją odtwarza, pozostaje dokładnie tym, czym jest — dobrze wykonanym powtórzeniem.