Przejdź do treści

Dzień Mamy w LAÏF: -12% z kodem "MAMA12"

Koszyk

Twój koszyk jest pusty

Jewellery stacking co to

Drugie życie ubrania. Vintage nie jest już alternatywą. Jest wyborem

Napisane przez: Izabela Kaczmarek

|

|

Czas czytania 2 min

O tym, dlaczego dojrzałe, świadome kobiety sięgają po rzeczy z historią — i co to mówi o współczesnej modzie.

Katarzyna ma pięćdziesiąt jeden lat i nie przeprasza za swój styl. Na sobie nosi żakiet Chanel z 1994 roku, kupiony na targu vintage w Paryżu za ułamek ceny butikowej. Pasuje idealnie. "Nowe rzeczy często leżą jak z sieciówki, nawet jeśli kosztują fortunę" - mówi. "To, co stare i dobrze skrojone, po prostu siada inaczej."


Przez lata vintage w Polsce kojarzył się z koniecznością - z lumpeksem jako wyjściem dla tych, którzy nie stać na nowe. Coś się przesunęło. Dziś rynek wtórny odzieżowy rośnie szybciej niż fast fashion, a jego klientkami są — przynajmniej w tej jego luksusowej wersji - kobiety, które doskonale mogłyby kupić nowe. I które świadomie tego nie robią.


Dlaczego? Powody są wielowarstwowe jak dobry vintage trencz. Jest ekologia, oczywiście - ale to byłoby zbyt proste. Kobiety po trzydziestce, nasze Klientki, z którymi rozmawiałyśmy o tym przez ostatnie miesiące, rzadko mówią "kupuję vintage, bo eko". Mówią co innego.

"Przemysł modowy sprzedaje nam co sezon nową wersję nas samych. W vintage nikt nie mówi mi, kim mam być w tym roku."

Mówią: niepowtarzalność. Mówiąc o ubraniu z historią - nie tylko projektanckim, ale też z dobrego domu towarowego sprzed dwudziestu lat - mówią, że chodzi o bycie sobą, nie o bycie sezonową wersją trendu. W świecie, w którym algorytm wie, co kupują twoje rówieśniczki z tej samej dzielnicy, wyglądanie inaczej stało się aktem tożsamości.

Mówią też: jakość. Płaszcz z lat osiemdziesiątych, który przeżył cztery dekady, udowodnił coś, czego nowe ubranie udowodnić nie może - że istnieje. Wełna jest gęstsza. Podszewka jest przyszyta, a nie przyklejona. Guziki są zapasowe i faktycznie dołączone. To nie nostalgia. To inżynieria.

I wreszcie - mówią o przyjemności. Szukanie. Znajdowanie. Odnoszenie czegoś do siebie i odkrywanie, że to działa. "Zakup w sieciówce jest jak jedzenie w fast foodzie" - mówi Joanna, stylistka z Warszawy. "Zaspokajasz potrzebę, ale nie ma w tym żadnej przyjemności. Vintage to polowanie. A polowanie satysfakcjonuje."


O ile znajdziesz na nie czas, bo jest on tym, co sprawia, że polowanie na Vintage jest przyjemnością rzadką, dlatego tak cenioną. To nie są kobiety, które stoją już 30 min przed otwarciem lumpeksu. One swoje perełki przywożą z podróży, polują na nie w sieci, kupują na Etsy u sprzedawców specjalizujących się w takich perełkach. Płacą niemało. Rynek vintage to już naprawdę rozbudowana machina.

To nie znaczy, że vintage nie ma ciemnych stron. Rynek jest coraz bardziej profesjonalny, a ceny — szczególnie w segmencie projektanckim — dorównują nowemu. Pojawiają się podróbki lepiej starzejące się niż oryginały. Wszystko to wymaga wiedzy i czasu. Ale właśnie to, jak się okazuje, jest częścią atrakcji dla kobiet, które mają i jedno, i drugie — albo przynajmniej cenią wiedzę bardziej niż wygodę.


Dojrzała klientka vintage to nie sentymentalna zbieraczka. To kobieta, która zdecydowała, że jej garderobie nie będzie dyktował żaden sezon. I że ubranie może mieć biografię.