Film miesiąca: „Diabeł ubiera się u Prady” – czy warto?
|
|
Czas czytania 1 min
|
|
Czas czytania 1 min
Są filmy, które ogląda się dla historii.
I są takie, które ogląda się dla świata, który tworzą. „Diabeł ubiera się u Prądy” powstał dla przyjemnej rozrywki i wielkiego świata mody - nie ma sensu udawać, że jest inaczej. W przeciwnym razie można mieć oczekiwania wobec psychologicznych portretów bohaterów, a tam już film mocno zawiedzie.
Bo wizualnie - „dowozi”. Sylwetki są dopracowane, stylizacje przemyślane, a świat mody pokazany w sposób, który nadal robi wrażenie. To jeden z tych filmów, które ogląda się trochę jak dobry magazyn — dla oka, dla detalu, dla inspiracji.
I pod tym względem trudno się do czegokolwiek przyczepić. Problem zaczyna się tam, gdzie film próbuje być czymś więcej.
Jeśli odłożyć na bok estetykę, zostaje historia, która momentami nie trzyma ciężaru, jaki sama sobie narzuca. Najbardziej widać to w postaci Andy — bohaterki, która formalnie przechodzi drogę, ale emocjonalnie jakby cały czas stoi w miejscu i która wciąż sprawia wrażenie niedojrzałej. 20 lat doświadczenia jako dziennikarka? Nie, tego w jej sposobie bycia nie widać. Emocjonalnie to wciąż początek drogi, dlatego w tym filmie to zgrzyta.
20 lat i bez śladu na duszy
Można odnieść wrażenie, że Andy przeskakuje przez kolejne etapy bez realnego kosztu pracy w jednym z najbardziej wymagających środowisk — a mimo to funkcjonuje tak, jakby doświadczenie nie zostawiało w niej śladu i wciąż była tą początkującą asystentką, która uczy się prawa dżungli.
I tu pojawia się lekki dysonans.
Tymczasem świat, który film pokazuje, jest bezwzględnie precyzyjny. Wymaga decyzji, świadomości, konsekwencji. Tak więc czy ktokolwiek tu dojrzał? Może paradoksalnie Mirandą, która w pewnym momencie pokazuje, że można odpuścić. Ona, ta najsurowsza.
Ale może też dlatego film ma dość wysokie noty u publiczności: on nie obciąża widza zbyt dużą odpowiedzialnością. Nie zmusza do głębokiej refleksji. Daje coś znacznie prostszego i jednocześnie bardzo przyjemnego: świat, w którym można się na chwilę zanurzyć, coś podpatrzeć, coś zapisać dla siebie, pozachwycać się stalówkami.
Czy warto?
Tak — jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda dobrze zbudowana estetyka i przypomnieć sobie, że styl to decyzje, detale i proporcje.
Nie — jeśli oczekujesz historii, która naprawdę coś rozlicza i zostawia Cię z czymś więcej niż ładnym obrazem.
Najlepiej potraktować go dokładnie tak, jak na to zasługuje. Jak magazyn. Przeglądasz. Zaznaczasz to, co Twoje. Resztę odkładasz bez żalu.